[Chamska reklama na początek…

[Chamska reklama na początek – założyłam bloga! Ale o tym pod koniec ( ͡° ͜ʖ ͡°) ]

Muszę się Wam do czegoś przyznać – nigdy nie byłam na proteście. Ani na tym przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego, ani na tym, który takie zaostrzenie postulował. Nie szłam w obronie sądów, nie dołączyłam do Młodzieżowego Strajku Klimatycznego, nie byłam na Paradzie Równości, Manifie, Marszu dla Rodziny – nawet nie ustawiłam na profilowym nakładki z dzikiem, maseczką ze strzałą lub hasztagiem #bialyprotest. Czy czuję się z tym dobrze? Z jednej strony nie – szczególnie, gdy widzę, że często spełnia się to, przed czym ostrzegały osoby z megafonami na krakowskim Rynku. Jest całe mnóstwo rzeczy, z którymi się nie zgadzam oraz całkiem sporo rzeczy, których reformy chciałabym zobaczyć (chyba najbardziej – jako, że sama doświadczyłam kawałka studiów na europejskim Zachodzie – jest to szkolnictwo). Z drugiej strony – jest całe mnóstwo czynników powstrzymujących mnie przed aktywizmem – choćby takich, że postulaty wynoszone na transparentach często są nierealne / nie poparte nauką (Extinction Rebellion i postulat zeroemisyjności do 2025), obrazoburcze i niesmaczne (‘cipkomaryjki’, pochwalanie beztroskiej rozwiązłości), pogardliwe (autentyczny transparent z Marszu dla Aborcji: ‘Przeciw aborcji? Fuck you!’), niepoważne (zeszłoroczny krakowski ‘Twerkuj dla edukacji seksualnej’) lub nie znam sytuacji na tyle, żeby zająć świadome stanowisko (protesty w obronie sądów).

Czuję, że akcje protestacyjne często reprezentują skrajności, a ja nie identyfikuję się z żadną z nich. Siedzę więc sobie w moim centrowskim ciepełku i ograniczam swoją działalność społeczno-polityczną do komentarzy w internecie, okazjonalnej wpłaty na organizację charytatywną, głosowania w Budżecie Obywatelskim (który swoją drogą jest genialnym sposobem na danie mieszkańcom miasta ułudy decyzyjności) i dywagowania na tematy polityczne przy piwie ze znajomymi.

Żeby było jasne – ani nie jestem z tego dumna, ani nie chcę, żeby tak pozostało. Uważam, że ta obywatelska nieświadomość i społeczny marazm jest szkodliwy – a przynajmniej dla tych, którzy się nie interesują i nie protestują. Do wniosków z mojego poprzedniego posta dodałabym jeszcze spostrzeżenie, że nie za bardzo umiemy ze sobą rozmawiać. Jeżeli się czemuś sprzeciwiamy, to często nie umiemy uzasadnić czemu (ewentualnie argumentujemy to absolutem moralnym), a odmienne zdanie traktujemy często jako personalny atak, a nie jak zaproszenie do cywilizowanej dyskusji. Często też nie weryfikujemy informacji, które kształtują naszą opinię – co widać po ilości fejków wykopywanych często na główną, sterowanych emocjonalnymi hasłami, których sprawdzeniem wykopujący się często nie przejmują (jak np. ostatnia sytuacja, gdzie pierwsze czytanie ustawy o zmianie planowania rodziny w Sejmie było przedstawione jako celowe działanie rządzących, a nie konieczność wynikająca z terminowości obywatelskich projektów ustaw).

Znam też za to osoby, które są aktywistami lub aktywistkami wręcz zawodowymi – i chyba większość z nas ma w swoim otoczeniu lub kojarzy z mediów kogoś, kto z kolei na protesty chodzi wszystkie i w pewnym sensie stanowi to sporą część jego lub jej tożsamości. Szukam czegoś, co pozwoli mi aktywizm i działalność społeczną oswoić – zrozumieć tych, którzy szczerze wierzą, że są w stanie coś zmienić, którzy są na tyle odważni, że wychodzą głosić swój sprzeciw wtedy, kiedy działają w pojedynkę lub w kilkunastoosobowej grupie, którzy podejmują działanie mimo wystawiania się na szyderę, pogardę i oskarżenia bycia marionetkami finansowanymi zagranicznym kapitałem. Zaczęłam od „Nadziei w mroku” Rebeki Solnit, którą skończyłam niedawno z, delikatnie mówiąc, mieszanymi uczuciami.

W końcu już pierwsze zdanie: „Nasi przeciwnicy pragną, byśmy uwierzyły i uwierzyli, że sytuacja jest beznadziejna, że nie mamy żadnej władzy, żadnych podstaw do działania, że nie możemy wygrać” sprawiło, że wywróciłam oczami i w pewnym sensie nieświadomie nastawiłam się do tej książki negatywnie. Nienawidzę polaryzacji i narracji „wróg-przyjaciel”, która jeszcze bardziej zniechęca ludzi do merytorycznej dyskusji. Dając jednak książce szansę przebrnęłam do końca i mam wrażenie, że nie do końca jestem jej targetem – choć rzeczywiście udało jej się zaadresować sporo wątpliwości, jakich do tej pory w stosunku do aktywizmu miałam.

Dopóki nie działamy w wielkiej grupie, aktywizm nie ma sensu
Zdawać się może, że wielkie rewolucje zaczynają się od jakiegoś gwałtownego zdarzenia (np. samospalenia jednego z tunezyjskich handlarzy, które rozpoczęło arabską wiosnę), ale w rzeczywistości takie zdarzenie musi trafić na podatny grunt, powstały przez sieć działaczy, kształtujący poglądy i nastroje społeczne. Trochę jak z krzywą wykładniczą – przez długi, długi czas nie dzieje się nic, aż w końcu po pokonaniu plateau, po jednym wydarzeniu przeważającym szalę następuje wybuch, który mobilizuje tych, którzy do tej pory byli bierni. Zdarza się również tak, że to akcja pojedynczych osób lub ich niewielkiej grupy rozpoczyna wielką zmianę. Tak było w przypadku Fridays for Future szwedzkiej ulubienicy wykopu oraz np. wtedy, gdy spotkanie grupki kilku kobiet protestujących pod Białym Domem skłoniło dr. Benjamina Spocka do zainteresowania się tematem i dołączenia do grupy roboczej pracującej nad rozbrojeniem atomowym. Na każdą akcję, która zapoczątkowała zmianę, przypada 1000 akcji, które nie miały większego wpływu na nic – ale przeprowadzenie każdej z nich było konieczne do tego, aby ta jedna mogła odnieść sukces.

Nie zgadzam się w 100% z postulatami grupy, więc nie będę się angażować
Zdaję sobie sprawę, że nigdy nie będzie tak, że będę w stanie identyfikować się z jakąś grupą / partią polityczną w 100%, a jednocześnie nie chcę być kojarzona z działalnością grupy, z którą w jakiejś części się nie zgadzam. Często mierzi mnie prostota i trywialność haseł niesionych na transparentach oraz wspomniana już wcześniej polaryzacja i ‘totalność’ przekazu. Jednak, jak pisze autorka, “by być skutecznymi, działacze muszą, przynajmniej czasami, formułować jasne, proste i pilne żądania – takie, które mieszczą się na naklejkach i transparentach, które dadzą się wykrzyczeć na ulicach z gardeł tysięcy ludzi. Muszą też jednak umieć dostrzec, że zwycięstwa mogą nadejść raczej w formie subtelnych, złożonych i powolnych zmian, a mimo to pozostawać zwycięstwami”. Ludzi nie przekonują intelektualne debaty, dowody naukowe czy skomplikowane postulaty (patrz: globalne ocieplenie). Ludzi (w tym polityków) przekonuje samotna nastolatka w warkoczach i żółtym płaszczu, która pociąga za sobą setki tysięcy podobnych jej dzieciaków, wykrzykujących hasła nie tyle naukowe, co emocjonalne. Autorka sugeruje, że o ile dana sprawa jest dla nas istotna, to warto podjąć działanie nawet wtedy, gdy z samą formą, czy z absolutnie wszystkimi hasłami na transparentach nie zgadzamy się w 100%.

Nie jesteśmy w stanie zmienić rzeczywistości
Co bardziej zmienia rzeczywistość – akcja, czy jej brak? Patrząc na frekwencję w wyborach, skłaniam się jednak ku tej drugiej opcji. Niska frekwencja to zwykle korzyść dla obecnie rządzących – i tylko solidny wkurw jest w stanie zmobilizować tych, którzy do tej pory nie brali udziału w głosowaniu. Najniższą frekwencję – co naprawdę rozwala mi mózg – notuje się zazwyczaj w wyborach samorządowych, czyli tam, gdzie do władzy nam najbliżej – a mimo to ok. 55% osób pozostaje tego dnia w domach. Z jakiegoś powodu (a w zasadzie wiemy, z jakiego – z dziesięcioleci złych przykładów) aktywność polityczna nie jest w naszym kraju powodem do dumy, a słowo ‘polityk’ ma wręcz znaczenie pejoratywne. Jednak historia jest pełna aktywistów i grup, które porwały społeczeństwo do akcji i które miały rzeczywisty wpływ na rzeczywistość polityczną na wszystkich szczeblach – lokalnym, krajowym i globalnym. Rezultaty tych akcji również mają różną skalę – od ocalenia kawałka lasu za miastem, przez zablokowanie zmiany “ustawy aborcyjnej” po rozbrojenie atomowe. Rezultat aktywizmu możecie zresztą czytać teraz – bo gdyby grupa odważnych kobiet przez wiele lat nie walczyła o swoje prawa, ani nie pisałabym tego posta, ani nie zastanawiałabym się nad polityczną działalnością w ogóle – bo zwyczajnie nie wchodziłoby to w grę.

Dla kogo jest ta książka? Na pewno dla czynnych aktywistów, którzy czasami tracą nadzieję na to, że ich działanie ma jakikolwiek sens. Czy dla osób zastanawiających się nad aktywizmem czy jakąkolwiek formą społecznego działania – może niekoniecznie, w szczególności tych bardziej sceptycznych. Książka jest dość spolaryzowana, ma narrację typu “my – oni”, a okazjonalne wybitnie antykapitalistyczne wstawki mogą spowodować przewrót oczu nawet tych, którzy na pana w muszce nie głosują. Czy odważę się pójść na protest w ważnej dla mnie sprawie po przeczytaniu “Nadziei w mroku”? Tego pewna nie jestem, ale na pewno lektura zachęciła mnie do bardziej aktywnego zainteresowania się sprawami wokół mnie. I tak przeczytałam w końcu plan zagospodarowania przestrzennego okolicy, w której mieszkam i wysłałam kilka pytań do rady dzielnicy, z czym nosiłam się już od dłuższego czasu. A że najbliższy tydzień zapowiada się gorąco, zastanawiam się, czy w tym szczególnym przypadku działanie (czyt. wzięcie udziału w wyborach, jeżeli się one odbędą) czy to właśnie jego brak, byłby aktem obywatelskiego nieposłuszeństwa i sprzeciwem wobec rządzących.

PS stworzyłam bloga! Nie będzie on tylko o książkach, lecz głównie o sposobach, jakie wykorzystuję do nauki, bo pomyślałam, że przelewanie tego na papier może komuś pomóc. Blog nazywa się Początkująca, bo tak się właśnie czuję – wielu rzeczy wykorzystywanych w pracy czy na co dzień uczę się od początku, na własną rękę i chcę o tym pisać, bo mi zapoznanie się z doświadczeniami innych osób bardzo pomogło. Rozwinęłam tam swój poprzedni wpis o czytaniu książek, więc jeżeli kogoś interesują podobne tematy – serdecznie zapraszam ( ͡° ͜ʖ ͡°)

PS2 Opowiadam o książkach, które czytam, pod tagiem #nonfiction. Te posty służą mi również do tego, żeby nauczyć się lepiej pisać, stąd też informacja zwrotna bardzo mile widziana!
#ksiazka #ksiazki #czytajzwykopem #ekonomia #polityka #polska #wybory #swiat i po trochu #filozofia #rozwojosobisty #gruparatowaniapoziomumirko